nacisk taki jakis. odgorny, odsrodkowy, lichowiejaki… i tak wlasnie mysle sobie i mysle zeby cos z tym zrobic. co i jak nie mam pojecia. dawno dawno temu w takich sytuacjach po prostu bralam dlugopis i kartke i powstawal wiersz. jeden, drugi trzeci. czasem i piaty. dzis chyba nie potrafie… chociaz…?
jest pozno czy tam wczesnie, wszystko jedno. tzn dla kogos kto rano wstawac musi to wcale nie wszystko jedno tak? ale dla mnie…
przeciwstawne uczucia/odczucia mna tarmosza. zeby cos zrobic, gdzeis pojsc, stac sie pozytecznym w koncu ludziem… z drugiej strony… czy ja potrafie? tyle lat dom, maz, dzieci… i kroliki
zeby ze mna czasem nie bylo tak ze szuka a prosi Boga coby nie znalesc… ech…
patrze w lustro, i widze ze jednak sie starzeje… kiedystam, dawno temu… no, 12 lat temu a moze 13… kolezanka patrzac na mnie mowi: no i popatrz jak widac roznice miedzy kobieta przed trzydziestka a po trzydziestce. nie rozumialam co do mnie mowila
wiec mi naocznie wytlumaczyla – powlokla do lustra i mowi: patrz. ty masz skore ladna, gladka, sprezysta. a ja? rozszerzone pory… hihi. tak mi te pory w glowie utkwily jakos. niedawno patrzylam sie na siebie w lustrze i… no wlasnie. wiem juz co miala na mysli…
sama nie wiem czego chce. meczy mnie i meczy cos w srodku, i bynajmniej nie od strony gastrycznej
ech…